Wpisy
coraz gorzej ze mną. lęk mną rzuca na wszyskie strony.
chce zniknac.
denerwowanie zeszło na dalszy plan. póki co. domowy dom ma pokój w remoncie. trzy ściany co miały być pomalowane, są pomalowane na odcienie brązowo kawowe. sufit bielusi i równy. na podłodze jest już kawałek panelowej powierzchni, acz jej kolor mnie nie porywa. tak czy inaczej ma tam leżeć dywan, więc w sumie nie ma się co ekscytować nadmiernie. mój pokój zawalony doszczętnie. jakbym chciała nocować, musiałabym spać z sis.
która to wczoraj powróciła z gór i przywiozła mi kilometrowe żelki. mega. pokazałą foty, poopowiadała co nieco. potem oglądałyśmy The New Girl, jadłyśmy orzeszki w cieście a ja piłam weekendowe piwo. muzyka, gadki bardziej poważne. przygnębiające z lekka. i polskie bardzo. pierwsza kwestia - przyjaciele. a raczej ich brak. ludzie z którymi kontakt mi się urwał bo coś zrobili albo bo zrobiłam coś ja. Ev. która odstawiała szopkę ze swoim chłopakiem, który był przedtem moim chłopakiem. P. który stwierdził, że utrzymuje ze mną kontakt, bo może kiedyś się ze mną prześpi, H. który wybrał swoją dziewczynę bo insynuacje mojego chłopaka, go przeraziły, S. która po moim szczerym mailu o tym co mi się nie podobało przestała się do mnie odzywać. i masa innych ludzi po drodze. D. psiapsióła z pierwszych studiów, J. jej kolega, który zaprzyjaźnił się i ze mną. S. z którą regularnie się spotykałam, ale jej osobowość mnie zaczęła odrzucać. i jest to smutne, bo nie mam filmowej BF do której mogę lecieć jak coś się stanie. jest tylko F. z którym widzę się i kontaktuje regularnie, i który jest najbliżej. aczkolwiek przyjaźń ta jest piętnowana przez osoby trzecie, bo jak się ma chłopaka nie powinno się spotykać z kolegą.
oczywiscie sama jestem sobie winna. w wielu przypadkach to jak sie zachowywałam gdy miałam swój najgorszy okres sprawiło, że przy mnie nie ma większości tych osób. geez, ale nie ma co się w to teraz wkręcać i rozpamiętywać. po prostu teraz nie mam odskoczni. nie mam z kim iść na piwo, kawę cokolwiek. chyba, że raz na pół roku z koleżankami z LO od których też się odsunęłam. i niby można odbudować relacje, tylko, że w którymś momencie to coś co nas łączyło znikło i bez tego jakoś nie można zaufać na nowo. zresztą może potrzebne mi są jakieś płytsze znajomości. bez mocno emocjonalnego poziomu, bo nie mam potrzeby opowiadać o wszystkim od deski do deski. pewnie źle, bo to rzutuje na to jak się czuję w tym momencie.
i gdy mówię tą swoją starą kwestię, że czuję się depresyjnie znowu słyszę pytania Dlaczego. tak jakby nikt się nie nauczył, że u mnie to ma postać zwykle irracjonalną. oczywiście może znalazłabym praprzyczynę gdybym zaczęła chodzić na jakąś zaawansowaną terapię, kto wie. może nie jestem szczęśliwa, bo nie mam przyjaciół właśnie, albo dlatego, że jestem w związku, któremu daleko od ideału, może dlatego, że mam za mało wolnej przestrzeni, może dlatego, że mam taką a nie inną pracę.
po polsku narzekam od czasu do czasu na wszystko. jest mi tak ciężko zrobić coś dla siebie. odpocząć tak poważnie. odseparować się. wypłakać. wyślizgnęło mi się spod palców, to co zawsze miało takie znaczenie: wiersze, zdjęcia, muzyka, książki, filmy. brakuje czasu. ochoty. snu.
rodzice zawsze otaczali mnie olbrzymią opieką. a teraz gdy nie ma osoby, któraby w podobnym stopniu przejęła te funkcje, jestem po prostu zagubiona. po raz enty nie wiedząc czego chcę a czego nie. chaos wkrada się w każdą szparę jaką zostawiam na organizację. tak jakby porządek w szafie mógłby mi pomóc być bardziej radosną. chcę domek w górach, kominek, ciszę, drzewa dookoła. książkę, miłość. taką normalną a nie bycie traktowaną jak kolejny kociak w domu. scenariusz dla moich sąsiadów.
dzieja sie ze mna coraz dziwniejsze rzeczy. wytlumaczmy to sobie poki co moze napieciem przedokresowym, bo nic innego mi nie przychodzi do glowy. chcialabym sie zwinac we wlasnym lozku i czuc jak zycie toczy sie obok. slyszec jak mama krzata sie w kuchni, a tata majstruje przy komputerze. sis by sluchala jakiejs irytujacej muzyki. swiatlo w srodku mieszkania zmienialoby kolor w dobrze mi znany sposob. i mimo bajzlu zwiazanego z remontem wolalabym byc tam.what the fuck is going on with me? polaczylam sie w bolu z soba w wieku 20 lat? hormony, depresja, lek? or am I going crazy crying my eyes out?
nie wiem. pewnie to kolejne zalamanie nerwowe. wylewajace sie ze mnie fale milosci do rodziny i brak kontaktow z ludzmi na codzien. nie mam swojego bezpiecznego miejsca, ciagle gryzie mnie jakies irracjonalne napiecie.
dostalam ostatnio taka rozowa bluze. ma rozczulajacy zapach. na poczatku nie moglam go zidentyfikowac. potem sobie przypomnialam. jak bylam mala kupowalysmy jakies gazetki dla dzieci i wtedy pisalo sie listy do ludzi. czesto papeteria byla pachnaca. i to jest taki zapach. oczekiwania na listy i radosci gdy przychodzily. i calej reszty pewnie zwiazanych z dziecinstwem. zabaw w policjantki, detektywow, lekarki, nauczycielki, studentki. i pamietam jak zawsze wystawalysmy przy oknie, czekajac az mama przyjdzie z pracy. patrzylysmy z parapetu na 9 pietrze na ulice, liczylysmy samochody. kazda z nas wybierala jakis kolor, albo rodzaj. a jak przychodzila mama od razu pytalysmy 'co kupilas?' i zagladalysmy do siatek.
nie pamietam jak dlugo mialysmy wspolny pokoj. wieczorem opowiadalysmy sobie bajki, albo gralysmy w wymyslone gry. teraz sis jest na nartach. a ja dziwnie sie czuje gdy wchodze do jej pokoju. tak samo dziwnie sie czulam jak bro siedzial w Szkocji czy potem w Irlandii. ogarnial mnie ten dziwny rodzaj rozczulenia i tesknoty. zdecydowanie nadwrazliwy.
teraz placze, dmucham nosa i usiluje sie uspokoic. zupelnie nie wiem co sie dzieje. i zupelnie nie wiem co mialoby mi pomoc.
everything seems so easy when u r slightly drunk
but friends still are not here
liczne self-help books proponują żeby dokładnie przyjrzeć się wszelkim okolicznościom swoich lęków. podzielili zaburzenia lękowe według kilku kryteriów coby zestresowanemu człowiekowi łatwiej było zidentyfikować dziedzinę z jaką strach się łączy. jako pierwsze podają ogólne zaburzenia lękowe czyli zamartwianie się czym się da. są i fobie i OCD i panika przed paniką. jakoś nie potrafię się wpisać w żaden z tych schematów.
nie mam fobii ani zaburzeń kompulsywno obesesyjnych, nie panikuję przed atakiem paniki raczej też chociaż jak człowiek zaczyna się nad wszystkim coraz bardziej zastanawiać granice granic się zaburzają. może na poziomie podświadomości obawiam się powrotu ataków paniki i dlatego odczuwam niepokój. usiłuję powiązać z czymś ten stan napięcia, nie mogę jednak wybrać niczego z proponowanych pozycji, bo zwyczajnie nie wiem czego sie obawiam. jestem przekonana lub też sobie wmawiam, że jest to lęk irracjonalny, którego nie jestem w stanie zidentyfikować. lęk przed wyjściem z domu? nie boję się przebywać wśród ludzi ani w środkach masowego transportu. lęk przed otwartą przestrzenią? też raczej nie. fobia społeczna? nie wydaje mi się, ale nie mam w niczym stuporcentowej pewności, bo jak wiemy psychologia ma własne prawa. wyparcie, zaprzeczenie, podświadomość tra la la.
wobec tego trzeba rozłożyć na czynniki pierwsze swoją przeszłość. trauma, rodzice, jakieś wydarzenie? dotrzeć do korzeni. siedzę więc z zeszytem i spisuje zeznania. wszystko co w jakiś sposób wiąże się ze strachem. pierwsze co mi wpada do głowy to mój pierwszy atak paniki jaki pamiętam - gdy myślałam, że ktoś się wkrada do naszego domu, bo coś strasznie mocno waliło w nasze i dzrwi sąsiadów. byłam wtedy sama, byłam w trzeciej albo czwartej klasie. byłam przerażona. dzwoniłam do mamy i do koleżanki, żeby przyszła mnie przytulić. kilka razy dzwoniła dzwonkiem, a ja bałam się otworzyć bo myślałam, że to ci rzekomi złodzieje. od tego momentu chyba zaczęłam trochę chodzić na świetlice. kolejny atak paniki miałam chyba w piątej klasie, w szkole. bałam się chyba ocen czy coś, nie pamiętam dokładnie. chodziłam do pedagoga szkolnego. przez krótki czas jak zaczęłam chodzić do liceum też. bo wtedy naturalnie też pojawiły się ataki paniki, które w różnych odcieniach pojawiały się na początku roku. w podstawówce jeszcze denerwowałam się bardzo przed rosyjskim. generalnie szkoła była dla mnie dużym stresem dość często. w międzyczasie mamy jeszcze wątek skrzywienia kręgosłupa. decyzja o operacji, rehabilitacja w Konstancinie gdy po raz pierwszy poza wakacjami byłam z dala od rodziny. źle znosiłam to rozdzielenie.
w podstawówce jeszcze dużo się działo. dokuczałam kilku osobom i potem miała miejsce jedna konfrontacja gdzie byłam wystawiona na osąd. mi też w międzyczasie dokuczali. potem ścigał mnie ekshibicjonista, który raz dotarł aż do mojej klatki i wtedy przez cztery tygodnie bałam się wracać sama do domu i wracałam drugą klatką. w pierwszych latach szkoły mama była w szpitalu, zabrało ją pogotowie i wtedy strasznie się bałam, że coś jej się stanie, bałam się, że umrze. nie wspominając już o tym, że przez jakiś czas byłam karana skórzanym paskiem, co też na psychikę może mieć jakiś wpływ. dodatkowo okolica w której mieszkaliśmy nie była zbyt fortunna i często na klatce byli pijacy, ćpuni, bezdomni, których oczywiście też się bałam. straszyli mnie złodziejami i Rumunami, to pamiętam. kazali zamykać drzwi. miałam powtarzający się sen długo długo, że walczę z kimś kto chciał wejść do domu. w naszej klatce mieszka diler, także różne inne dziwne rzeczy się działy. często na klatce była krew, potłuczone szyby. w windzie ktoś chciał zgwałcić naszą sąsiadkę, która miała wtedy 10 lat bodaj lub 12. sąsiadkę z 7 piętra okradziono, a ja słyszałam szczegóły odnośnie tego jak ją związano i zabierali sprzęty. bałam się też ojca mojej koleżanki, który pił i krzyczał.
kolejne nieprzyjemne doświadczenia, to jak przeze mnie koleżanka złamała rękę. ten ojciec potem przychodził do mnie i mi groził. miałam 15 lat. spanikowałam też jak do kina zaprosił mnie kolega ze szkoły. najpierw się zgodziłam a potem się tak przeraziłam, że nie wiedziałam co zrobić. musiałam pójść odwołać spotkanie.
a to tylko podstawówka.
brakuje mi naprawde wlasnego kawalka podlogi. pomieszczenia odizolowanego od pozostalych. gdzie mozna polozyc sie, poczytac i nie martwic sie o dzwieki klikania czy tez palace sie swiatlo. czuje sie osaczona. rozdrazniona. zmeczona i niewyspana. ale to wszystko jest powiedziane delikatne. stopien mojej irytacji sprawia ze krzycze i klne we wlasnej glowie. mam ochote sie wyniesc, zniknac, pociac.
cierpie na zaburzenia lekowe i usiluje sobie jakos z nimi poradzic. wyciagnelabym sie z gniazdka. ale nie moge go znalesc. ani przycisku pauzy
córka kobiety, którą opiekuje się moja mama przesłała mi dwie książki. jedna o szczęściu, druga o pewności siebie. z płytami. z hipnozą. i owszem w którymś momencie muszę nawet przyznać, że byłam ciekawa hipnozy. teraz jak widać, będę miała okazje przekonać się na własnej skórze. póki co czytałam tylko polskie durne poradniki, chyba, więc po angielsku nie jestem w stanie wyczuć tego, co w języku ojczystym jest dla mnie oczywiste. ale czytam sobie grzecznie, w głowie momentami mam entuzjazm, momentami jestem sceptyczna. zawsze to jednak jakieś zajęcie i nowe doświadczenie.
mimo, że weekend niespecjalnie czuję, żebym odpoczęła. praca ma niewdzięczna jest na tyle, że oprócz wykonywania jej w czasie rzeczywistym, mam bardzo dużo do zrobienia przed. i niestety ciężko albo ciężej mi to ostatnio idzie. jak wszystko. pojawiają się takie wieczorowe myśli o tym co będę musiała następnego dnia. i ogarnia mnie to znane obezwładnienie, słabnę każdą komórką ciała.
tak już dwa tygodnie z hakiem chyba wybieram się na zakupy i maluje paznokcie. sen w żadnym momencie chyba nie przypomina ani nie daje mi wtychnienia.apetyt raczej słabnie.
generalnie wszystko staje się coraz bardziej niewyraźne i nierzeczywiste. a ja trzymam się kosmyka fioletowych włosów, najbardziej kolorwego elementu życia w chwili obecnej.
próbuję jakoś do przodu iść. noga za nogą, poranek za porankiem, wieczór za wieczorem. zaciemnienie. mrugnięcie. znika pokój, przed oczami morze. w uszach szum. boso na deptaku z watą cukrową w ręku. mokre nogawki. niebywałe szczęście. niedościgniona prostota oddechu.
nie chce mi sie jesc, nie chce mi sie myc, nie mam ochoty sie malowac. chcialabym wrocic do lozka, zasnac i nigdy przenigdy juz sie nie obudzic. chcialabym jakis inny swiat. albo jakas inna siebie.
'wolam z samego srodka nikad' i jak to w przypadku znerwicowanych i przewrazliwionych nastolatek w depresji, nikt mnie nie slyszy. i tak sie nic nie da zrobic przeciez.
http://www.youtube.com/watch?v=e-130lvj2nc
Archiwizuje sobie muzykę mojego życia. Zajęcie na kilka miesięcy. Trzeba mieć teraz zajęcie. robić coś mimo tego uczucia, że to wszystko bezYsens. Zdecydowanie czuję się gorzej. Mogę nawet swobodnie i szczerze powiedzieć coraz gorzej. Ciekawe czy da się to ignorować na dłuższą metę. Czy w którymś momencie system zrobi error i sformatują mi się żyły razem z organami wewnętrznymi. Nie wiedziałam nawet, że w Polsce są strony pro-samo tak jak pro-ana dopóki nie przeczytałam jak to dwójka ludzi umówiła się przez chcezabic.pl i powiesili się wspólnie. Bo niby się nie chce samemu umierać. Bullshit. Pomijając oczywisty idiotyzm istnienia takiej strony. Delikatnie mówiąc. Jak ktoś się chce zabić to też dlatego, że czuje się sam. I co, pod koniec nagle chce się oszukać na dowidzenia? Czy jest tchórzem? Zresztą po co te dywagacje.
http://www.youtube.com/watch?v=oByRlqhaHMw
Jest mi coraz trudniej. Mniej koncentruje się na bólu, albo po prostu jeszcze go nie ma. kiss the rain. nie mam ochoty nawet farbować włosów na fiolet. pewnie jeszcze jestem na etapie zaprzeczenia albo delikatnego powrotu do choroby. being numb.
only past can move me. funny.
sypie śnieg. jest w zimie coś takiego, że gdy widzę krajobraz za oknem trochę się rozpływam. dziecko kochające białe płatki.
obejrzałam wczoraj połowę sezonu American Horror Story, całkowicie posranego serialu z klimatem nie-do-kreślenia jednym zdaniem. na więcej w sumie nie mam siły.
czuję się nie pasująca do tej układanki. wszystko robi się coraz trudniejsze. nie wiem gdzie mam szukać rozwiązania.